Obserwatorzy

sobota, 11 stycznia 2014

Chapter 2: Lovers.

- Co dzisiaj w telewizji, Harry?- spytała znużonym głosem drobna, niebieskooka brunetka.
- Dzisiaj- zaczął jej chłopak- Mam coś specjalnego.
Dziewczyna spojrzała na niego uważniej, sadowiąc się na kanapie.
- Co to za okazja?- zaśmiała się.
Chłopak usiadł obok niej i chwycił jej dłonie w swoje. Serce zabiło jej szybciej, jak za każdym razem, kiedy patrzyła w te lekko skośne, zielone oczy.
- Taka, że Cię kocham, Diano.- powiedział poważnie Harry. Chwilę patrzyli sobie w oczy z minami godnymi zakochanych w sobie.
- Awww, jesteś tak obrzydliwie słodki.- trzepnęła go po potarganych lokach na co zaśmiał się głośno.
- Mam film na dvd.- cmoknął Dianę w czubek głowy i wstał ociężale z kanapy.- Idę po jedzonko, włóż płytę.
Diana sięgnęła po pudełko. Jej ulubiony film akcji. Z uśmiechem włożyła płytę do stacji i pozwoliła się jej ładować. Z nie znikającym uśmiechem pobiegła do kuchni pomóc Harremu z przekąskami. Znała ten dom jak własną kieszeń, bywała tu przecież prawie bez przerwy już od roku. Bardzo dobrze pamiętała pierwszą wizytę w mieszkaniu jej chłopaka. Bała się reakcji rodziców Harrego, którzy nie wiedzieli nawet, że ich syn z kimś się spotyka.Wszystko jednak poszło lepiej, niż Diana się tego spodziewała. Nie wiedzieć czemu, państwo Styles byli wręcz dziko uradowani, gdy tylko ją zobaczyli i dowiedzieli się, kim jest. Dianę na początku to zainteresowało, ale Harry nigdy nie był skłonny do rozmów na ten temat, więc dziewczyna w końcu się poddała, a po pewnym czasie zapomniała o całej dziwnej sytuacji. Teraz, widząc, że jej chłopak stoi do niej tyłem, wskoczyła mu na plecy.
- Kto to?- spytała grubym głosem, zasłaniając mu oczy.
- Danny?- zgadywał Harry udając autentyczne zdziwienie.
- Głupek.- zachichotała Diana.
- Aa, no tak, głupek. Prawie zgadłem.- chwycił dziewczynę w pasie i przekręcił tak, że sekundę później siedziała na blacie kuchennym. Diana pisnęła.
Otulił jej twarz swoim dłońmi. Była taka drobniutka, że mógłby ją zmiażdżyć. Uśmiechnął się lekko. Lubił patrzeć, jak ma cały swój świat w dłoniach. Diana wyciągnęła do niego szyję i cmoknęła go w usta, ale Harry przytrzymał pocałunek i pogłębił go. Zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do siebie. Nie wiedzieć czemu, Harry wolał ją przytulać, albo wpatrywać się w jej oczy, uśmiech, ruchy niż całować. Całowanie Diany było przyjemne, ale nigdy nie czuł tego przysłowiowego "prądu". Jakby w trakcie całowania nie było między nimi chemii, która w każdej innej sytuacji była obecna. Zawsze tłumaczył to sobie oglądaniem zbyt dużej ilości melodramatów, ale tym razem ich pocałunek zadziwił go jeszcze bardziej niż dotychczas. Może coś było z nim nie tak? Przecież ją kochał, nie kłamał- naprawdę tak czuł. Więc dlaczego właśnie ta kwestia przysparzała mu tylu zmartwień?
Nagle z salonu dobiegła go muzyka z filmu i bez większych wykręceń mógł pognać ze swoją dziewczyną do salonu. Siadając na kanapie z Dianą przytuloną do klatki piersiowej, Harry zdał sobie sprawę, że nie czuł się szczęśliwy. Coś go gnębiło, już od paru dni. Nie mógł zasypiać wieczorami, chociaż wcześniej nie miał z tym problemów. Jakiś nienazwany problem dręczył jego myśli a on nie wiedział, co to jest.

Harry nie był szczęśliwy, tu i teraz. Nie.

***

Louis nie był szczęśliwy, z pewnością nie w tej chwili.
Nie w tej idealnie dopasowanej marynarce i ciemnych spodniach. Nie w krawacie ściskającym gardło i- o Boże- na pewno nie w tych błyszczących lakierkach.
- Kotku, przestań się krzywić.- uśmiechnęła się Elizabeth, ściskając gardło Louisa do granic możliwości.
- Staram się, kochanie, ale to nie takie proste, kiedy próbujesz mnie właśnie udusić.- skrzywił się jeszcze bardziej, doprowadzając tym samym Lisę do śmiechu.
Elizabeth była dziewczyną Louisa, a już niedługo miała się stać jego narzeczoną. Rzecz jasna, ona o tym nie wiedziała, przynajmniej według przekonania Lou.
Elizabeth była wysoka i miała długie, kręcone brązowe włosy. W dodatku duże zielone oczy, w których dwa lata temu Louis zakochał się bez pamięci. Była sympatyczna i spontaniczna, ale należała raczej do cichych dziewczyn, a jej nieśmiałość czasem bywała kłopotliwa.
Dzisiaj był wielki dzień- Louis po raz drugi miał spotkać się z rodzicami Lisy. Byli oni bogatymi przedsiębiorcami, właścicielami dużej firmy transportowej. Byli wyniośli i zwracali niespotykaną wręcz uwagę na dobre maniery. To dlatego Lou musiał wciskać się w te wszystkie niewygodne rzeczy, byle tylko wyglądać na chłopaka na poziomie. Całą czwórką mieli zjeść kolację w luksusowej restauracji w samym sercu Londynu. Lou już teraz marzył tylko o tym, żeby ten wieczór dobiegł końca.
- Okej, jestem gotowa.- powiedziała Elizabeth, odkładając tusz do rzęs do złotej kopertówki.- Możemy iść?- spojrzała na swojego chłopaka. Lou przełknął głośno i wziął kilka głębokich oddechów.
- Możemy.- złapał Lisę za rękę i wyszedł z apartamentu.

W obu miastach zachodziło już słońce. Harry ściskał dłoń swojej dziewczyny, odprowadzając ją do domu. Louis otwierał drzwi taksówki przed restauracją, przepuszczając Elizabeth pierwszą.
Harry widział piękne, zachodzące słońce, które czyniło niebo różowym. Wpatrywał się w nie z radością i smutkiem jednocześnie. Diana drżącym głosem podtrzymywała rozmowę, ale Harry widział tylko ten zachód, który sprawiał, że czuł się tak bardzo nieszczęśliwy. Czuł, że wszystko co robi, nie ma najmniejszego sensu. Czuł się jakby nie był sobą od lat, ach- nigdy. I patrząc w ten zachód, czuł jeszcze tęsknotę. Za czymś odległym i straconym.
Louis patrzył w promieniste oczy swojej dziewczyny. Głębokie, zielone oczy. Kochał je najbardziej na świecie. Kiedy pierwszy raz je zobaczył, poczuł się, jakby odnalazł zagubiony skarb. To te oczy przyciągnęły go do Elizabeth. To w tych oczach odnajdywał wszystko, czego potrzebował. I tylko patrząc w te oczy, nie tęsknił. Kiedy tylko go opuszczały, dobrze wiedział, czego mu brakuje. Dobrze wiedział, dlaczego tak kocha te zielone oczy. Wiedział, ale mimo to nigdy nie mógł się do tego przed sobą przyznać. I teraz, patrząc w nie, czuł się najbardziej samotnym człowiekiem na świecie.
I słońce zaszło tego wieczora, zamykając kolejny dzień rozłąki.

czwartek, 2 stycznia 2014

Chapter 1: Back to kindergarden

*flashback*

- Harry, Lou, wracajcie tutaj, no już!- zawołała Anne i przysiadła na najbliższej ławce.- Przecież jesteście cali ubabrani!
Lou przybiegł natychmiast. Nie chciał być niegrzeczny dla kogoś, kto nie jest jego mamą. W dodatku był starszy od Harrego o 3 lata, a to znaczyło przecież wielką odpowiedzialność. Louis był tego świadomy i chciał dać dobry przykład swojemu młodszemu przyjacielowi.
- Jeśtem, ciociu Anne.- uśmiechnął się 6-latek bez jedynki na przodzie.- Hally, no chodź!- zawołał za kolegą, przybierając poważną minę godną dorosłej osoby.
Harry niezgrabnie przytruchtał na miejsce, zostawiając za sobą błotne ślady. Louis był jak jego starszy brat, więc zawsze słuchał wszystkiego, co powie. Bawił się z nim codziennie, pod okiem swojej mamy, siostry Gemmy lub mamy Lou. Stanął obok wyższego o głowę kolegi i również uśmiechnął się szeroko.
- Och, wyglądacie jak aniołki.- zagruchała Anne i wyjęła pospiesznie paczkę chusteczek z torebki.- Małe, brudne aniołki. Chodźcie tu.
Kobieta posadziła chłopców po swoich obu stronach i zaczęła starannie wycierać twarz Harrego.
Harry nie lubił, kiedy mama to robiła. Ach, nie lubił, gdy ktokolwiek to robił! Przecież nie po to tyle pluskał się w błocie, żeby teraz ktoś to zniszczył. Zawsze krzywił się i wiercił. Dlaczego ona się tak uśmiechała? To chyba musiało sprawiać jej przyjemność. Ach tak, kiedy jego to drażni, to mama się śmieje! Zerknął naburmuszony na Lou, który przyglądał mu się ze zniesmaczoną miną. Tak, Louis bardzo dobrze znał to uczucie. Był starszy i pewnie już nieraz mama traktowała go w podobny sposób. Teraz, był już dorosły, mógł sam wytrzeć sobie twarz. "Też mógłbym to zrobić sam", pomyślał Harry, "na pewno zrobiłbym to lepiej niż mama". Louis jednak patrzył na niego ze współczuciem i Harry nie pierwszy już raz w swoim 3 letnim życiu poczuł do niego wielką sympatię. "Louis to mój kolega, najlepszy" pomyślał i uśmiechnął się do przyjaciela.
- Dobrze, chłopcy, jeśli już jesteście czyści...- zaczęła Anne i starła trochę brudu z policzka Lou, uśmiechając się pobłażliwie.- to wracamy do domu. Kto idzie za rękę?- wystawiła prawą dłoń do obu chłopców.
- Ja, ja!- krzyknął Harry i ścisnął dłoń matki. Obok niego stanął roztargniony Louis i chwycił jego dłoń.
- Muszę Cię pilnować, bo jesteś jeszcze dzidziusiem.- stwierdził rzeczowo Lou. Harry spojrzał na niego z uznaniem. Tak, przecież był jeszcze mały, a Louis był już dorosły. Ścisnął z ufnością dłoń kolegi i ruszyli spacerem w stronę domu.

Teraz, kiedy Harry o tym myślał, nie mógł pozbyć się dziwnego, kującego uczucia w sercu. Najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa zawsze wiązały się z Lou. Lou, którego Harry nie widział od 10 lat.

- Nie martw się, Spiderman go uratuje.- Louis poklepał Harrego po plecach.- To tylko głupia kreskówka.
6-cio i pół letni Harry zmarszczył brwi z niezadowoleniem, zmieniając wyraz twarzy z zatrwożonego na nieco rozzłoszczony. Spojrzał na Lou.
- To nie jest głupia kreskówka. To moja ulubiona bajka.- oczy Harrego niekontrolowanie się zaszkliły. Lou przestraszył się.
- No już, już, tylko żartowałem.- dźgnął kolegę lekko w bok. Harry przesunął się na dywanie o parę centymetrów od Lou.
- No Hazza...- uśmiechnął się do niego pojednawczo. Harry jednak już łkał cichutko i wycierał nos w bluzę z wzorem żółtych ciężarówek.
Louis miał 9 lat i chodził do szkoły. Harry dopiero za rok miał iść do pierwszej klasy i czuł się wielkim dzieciakiem przy starszym koledze. Louis lubił mu czasem dogryzać w taki właśnie sposób, ale na ogół starał się nim opiekować i bawić się z nim.
Nagle Harry poczuł, jak oddech wiąże mu się gardle. Wytrzeszczył oczy i zawołał do Louisa:
- Inhalator...
Harry chorował na astmę od urodzenia i dosyć często miał ataki. Zawsze jednak w pobliżu był ktoś dorosły, kto mógł mu przyjść z pomocą.
Teraz byli w domu sami.
Harry niejednokrotnie odtwarzał później te kilka minut w pamięci. Większość osób na miejscu Lou wpadłoby w panikę i robiło rzeczy najmniej rozsądne w tej sytuacji. Ale nie Louis. On pobiegł szybko do kuchni, znalazł apteczkę z inhalatorem i z zachowaną zimną krwią podał go Harremu. Później zajął się nim odpowiednio, kazał położyć mu się na kanapie i podał szklankę soku.
Od tamtej pory był dla Harrego największym bohaterem.
Prawdę mówiąc, już nawet Spidermana nie traktował zbyt poważnie.
Zaczął nazywać Louisa LouLou, lub LoopyLou. 
Louis nie przepadał za żadnym z tych "bohaterskich tytułów", ale zawsze potem nosił przy sobie zapasowy inhalator, kiedy tylko wychodził gdzieś z Harrym. 
Martwił się o niego. Kiedyś, koledzy z klasy wyśmiewali go nawet, że koleguje się z przedszkolakiem. Louis przepłakał kilka nocy w poduszkę, ale nigdy nie przeszło mu przez myśl, że mógłby przestać kolegować się z Harrym. Przecież był za niego odpowiedzialny. Harry nie miał brata, miał tylko starszą siostrę. Ona była dziewczyną, a przecież nawet Louis wiedział, że dziewczyny są głupie i nie do zabawy. Dlatego Harry zwyczajnie potrzebował Louisa. 

W tym momencie wspomnień Harry zawsze zaciskał mocno oczy, żeby nie płakać. Śmiał się sam z siebie, że przynosi mu to tyle bólu, mimo, że było to lata temu.

- Wiesz, moja mama chce się wyprowadzić.- powiedział pewnego dnia Louis, kiedy grali w piłkę na szkolnym boisku. Harry właśnie kończył pierwszą klasę podstawówki i nareszcie czuł się równie dorosły jak Louis. Lou natomiast kończył klasę trzecią. Zbliżały się upragnione wakacje, które chłopcy chcieli jak co roku spędzić razem. Ta wiadomość zdziwiła Harrego.
- Twoja mama chce się rozwieść?- spytał przyjaciela i przysiadł w cieniu drzew. Dzień był wyjątkowo upalny, jak na angielskie standardy.
Lou pokiwał smutno głową.
- Tak.- przełknął napływające łzy i usiadł obok Harrego.
- Przykro mi. To będziesz musiał teraz mieszkać z samym tatą.
Lou spojrzał na Harrego. Patrzył na niego chwilę, a później klepnął go w plecy i zakręcił piłką na palcu.
- Jeszcze jedna rundka?- uśmiechnął się smutno. Harrego nie trzeba było dwa razy prosić.
Po skończonej grze chłopcy wracali do domu. Śmiali się i rozmawiali, kiedy nagle Lou przybrał poważny ton.
- Wyprowadzam się razem z moją mamą.- wypuścił jednym tchem, nie patrząc na Harrego. Młodszy chłopak zatrzymał się, a więc Lou musiał zrobić to samo.
- Co?!- krzyknął.- Nie!
- Mama znalazła w Doncaster świetną szkołę, poszedłbym do czwartej klasy...- mamrotał Louis.
- Nie pojedziesz.- Harry zacisnął zęby. Louis nie widział nigdy w nim takiej zawziętości.- Nie pojedziesz, chyba, że pojadę z Tobą.
- Harry, bądź rozsądny...
- To ty jesteś rozsądny, nie ja! LoopyLou, nie możesz mnie zostawić.
Louis rzucił piłką o asfalt i pobiegł w stronę domu, tłumiąc łzy.
Harry powoli podniósł piłkę. Bardzo mocno zagryzł wargi, prawie do krwi.
Bohaterowie nie są wieczni. Brutalna rzeczywistość musiała go kiedyś uderzyć.
Dwa tygodnie później, tuż po zakończeniu roku szkolnego, Louis wyjeżdżał .
Jego rzeczy leżały już w kartonowych pudłach w ciężarówce i Harry patrząc na nie, czuł, jakby to sam Louis w nich leżał. Było to też ostatecznym dowodem na to, że jego starszy przyjaciel nie żartował.

NA PRAWDĘ wyjeżdżał.
Harry podszedł do Lou, który wrzucał ulubione jedzenie na tylne siedzenia samochodu, którym miał odjechać. Odwrócił się na widok Harrego i stanęli naprzeciw siebie.

Mimo, że Harry był trzy lata młodszy od Louisa, różnica wzrostu między nimi nie była tak drastyczna jak lata wcześniej. Dzieliło ich teraz zaledwie 6 centymetrów. Mogli więc bez przeszkód patrzeć sobie w oczy.
- Musisz mnie odwiedzać.- pociągnął nosem Harry i natychmiast wytarł twarz w rękaw.- Starsi chłopcy zaczną mi dokuczać.
- Już ich postraszyłem.- uśmiechnął się smutno Louis.- Nic Ci nie zrobią.
Harry podniósł na niego wzrok.

- Dzięki.
- Nie ma za co.
Chłopcy chwilę milczeli, nie wiedząc co dalej. Przecież nie będą płakać jak jakieś durne baby. Byli małymi mężczyznami.
- No, to chyba, będę się, uhm, zbierał.- wymamrotał Lou i zerknął krótko na Harrego, podłapując jego przerażone spojrzenie.

Starszy chłopak cofnął się o krok.
- Zaczekaj Loopy!- złapał go za rękaw Harry. Lou zatrzymał się z zaciekawieniem.
- Co tam Hazza?
Harry włożył rękę do lewej kieszeni i po chwili wyciągnął zaciśniętą pięść. Wyprostował rękę, żeby Lou mógł dobrze zobaczyć, co spoczywa na dłoni Harrego.
- Och.- zdołał bąknąć Louis.
- To... to figurka Spidermana, tylko ma wycięte twoje inicjały na piersi. Sam je wyciąłem.- Harry wcisnął przyjacielowi malutkiego superbohatera w dłoń.
- Dziękuję.- uśmiechnął się Lou.
- Nie zgub go.- ostrzegł Harry.
- Nie zgubię. I wiesz co? Kiedyś Ci go oddam.
Harry otworzył szerzej oczy.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.- szepnął Lou i w przypływie emocji uściskał mocno Harrego.

Nigdy więcej się już nie zobaczyli.
Harry trzasnął albumem. Nie potrzebnie wracał do tych starych wspomnień. Minęło 10 lat i Louis pewnie nawet o nim nie pamięta.
- Ech...- westchnął głośno i podniósł się z kanapy. Dał sobie spokój.