Obserwatorzy

środa, 16 lipca 2014

Chapter 3: Unexpective meeting

-Jesteś pewien, że nie chcesz ze mną jechać?- spytała Diana, przeglądając się w łazienkowym lustrze.
- To twój dzień, kotku, zabaw się.- mruknął Harry, opłukując twarz.
- Jej, jestem taka szczęśliwa, że zobaczę ich na żywo!- oczy dziewczyny rozświetliły się nowym blaskiem, a Harry widząc ich odbicie w lustrze uśmiechnął się. Objął swoją dziewczynę i pocałował ją mocno w szyję.
- Proszę bardzo.
- Dziękuję.- odpowiedziała dotykając swoim nosem policzek chłopaka.- Jesteś najlepszym chłopakiem na świecie.
- Dla Ciebie wszystko.- rzucił za siebie, wychodząc z łazienki. Odwracając się od niej, natychmiast zdjął maskę uśmiechu.
Diana miała dzisiaj swoje 17 urodziny i właśnie z tej okazji Harry załatwił jej bilety na koncert 5 Seconds of Summer, jej ulubionego zespołu. Cieszył się, że będzie miał wolny wieczór, pierwszy raz od dawna. Koncert miał zacząć się o 20.00, ale droga do Londynu zajmuje prawie 3 godziny, więc Diana wyjedzie zaraz popołudniu. Ubrał się bez większych emocji i świeżym krokiem zbiegł po schodach na dół, do kuchni. Czuł, że ten dzień będzie wyjątkowy.

***

- Śniadanko dla mojej narzeczonej.- Louis położył tacę z jedzeniem na białej pościeli hotelowego łóżka i cmoknął delikatnie Elizabeth w czoło. Dziewczyna przymknęła na chwilę zaspane oczy, przypominając sobie powoli poprzedni wieczór. Kiedy spojrzała na Lou, który usiadł właśnie obok niej, uśmiechnęła się szeroko.
- Mój kochany narzeczony.- szepnęła, opierając głowę o jego ramię. Myślami wróciła do poprzedniego wieczora.

- Piękny jest ten zachód, prawda?- spytała podekscytowana Lisa, siedząc razem ze swoim chłopakiem na wzgórzu w parku. Wokół nie było prawie nikogo, a ich uszu dobiegały tylko przytłumione dźwięki miasta oraz okolicznego ptactwa.
- Cóż, myślę, że istnieje coś ładniejszego. Um, ktoś.
Elizabeth odwróciła się w stronę Lou. Był zaskakująco blisko.
Nie zdawała sobie sprawy, co działo się w tej właśnie chwili w sercu Louisa. Wpatrywał się w jej oczy, tak boleśnie znajome."Tak, kocham ją. Kocham ją najbardziej na świecie. Chcę, żeby była ze mną już zawsze. Dlaczego w ogóle się waham?"
Spojrzenie Elizabeth była zdecydowanie wyczekujące i Lou zaczął drżącymi rękami przeszukiwać kieszeń. Kiedy trafił na małe pudełeczko, zerknął jeszcze raz na Lisę i zatrzymał się na jej zielonych, lekko skośnych oczach. Miały jasny odcień z brązowymi cętkami. Czemu nigdy wcześniej nie zauważył tych cętek? Przecież tamte oczy były ciemniejsze, głębsze i próżno było doszukiwać się w nich brązowych odcieni. Szybko otrząsnął się z tych myśli.
- Elizabeth...- zaczął niepewnie a źrenice dziewczyny rozszerzyły się.- Jesteś najpiękniejszą, najmądrzejszą i najwspanialszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkałem. Czy sprawisz mi ten zaszczyt i... Um, mogłabyś wstać?
Elizabeth wyrwała się jakby z transu i zupełnie pozbawiona trzeźwego myślenia niezdarnie wstała.
Louis uklęknął.
- Chcę zrobić to tak, jak trzeba...- mruknął zmieszany i wyciągając pudełeczko na prawej dłoni spytał uroczystym tonem.- Mogłabyś uczynić mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i zostać moją żoną?

Elizabeth uśmiechnęła się do wspomnień i zerknęła na swoją dłoń, dokładnie tam, gdzie spoczywał skromny, srebrny pierścionek.
Louis podążył za jej wzrokiem i zmieszał się.
- Um, przepraszam, że nie ma diamentu, ale...
- Ciii.- uciszyła go natychmiast Lisa, przyglądając się w zachwycie nowej ozdobie.- Nie obchodzą mnie twoje pieniądze, przecież wiesz. Mogłeś go w ogóle nie kupować. Nie potrzebuję diamentów.- pocałowała go w policzek i wtuliła się w jego tors.- Powiedz mi lepiej, co przygotowałeś mi na śniadanko?- zaśmiała się.
Lou natychmiast się rozpromienił.
- No cóż- zaczął swoim nonszalanckim tonem- Poza zwykłymi, przyziemnymi sprawami mam coś jeszcze.
- Kolejna niespodzianka? Czym sobie zasłużyłam, żeby być taką szczęściarą?
- Zajrzyj pod talerz.- uśmiechnął się tajemniczo Louis, przygryzając nerwowo wargę.
Dziewczyna chwilę na niego patrzyła, po czym powoli przesunęła talerz i... aż zachłysnęła się powietrzem z wrażenia.
- Mam nadzieję, że się podoba, starałem się o najlepsze miejsca, wiesz, w końcu jestem biedny...
- Kocham Cię!- wykrzyknęła, ściskając do piersi bilet na koncert 5 Seconds of Summer.- Czy to dziś wieczorem?
- Tak. Odwiozę Cię na pociąg.
- O boże. Przecież mam tylko jakieś cztery godziny!- wybiegła szybko z łóżka i pognała szybko w stronę łazienki.
- Ale... śniadanie.- dokończył sam do siebie Lou.- No cóż.- położył się na łóżku, biorąc łyk kawy.


***

- Harry, nigdzie się dziś nie wybierasz?- spytała Anne, patrząc na swojego syna, który leniwie przerzucał kanały w telewizji nie wykazując przy tym żadnego zainteresowania.- Coś się stało? Pokłóciłeś się z Dianą?
- Nie.- odpowiedział Harry, nie patrząc na swoją matkę.- Wysłałem ją na koncert, ma dzisiaj urodziny.
- Och, to bardzo miłe z twojej strony. Wiedziałam, że zbierałeś pieniądze na jakiś prezent, ale oczywiście nie chciałeś mi nic powiedzieć.
-No. To już wiesz.- Anne usłyszała w jego głosie nutkę smutku.
- Więc zamierzasz spędzić dzisiejszy wieczór przed telewizorem?
-Właśnie tak. Czy to Ci przeszkadza?- warknął niespodziewanie Harry a Anne na chwilę przerwała krojenie warzyw na kolację.
- Nie, ale Harry...- zaczęła, ale chłopak gwałtownie wstał z kanapy i ruszył w kierunku drzwi wyjściowych.
- Albo wiesz co? Nie czekaj na mnie z kolacją, wychodzę.- rzucił, zarzucając kurtkę.
- Gdzie się wybierasz, synu?- ojczym Harrego właśnie wszedł do kuchni i spojrzał na niego ze zdziwieniem.
Harry na chwilę zatrzymał się i zerknął na ojczyma.
- Na spacer. Nie czekajcie.- i trzasnął drzwiami.
Szedł szybkim krokiem przez alejki na swoim osiedlu. Do zachodu słońca została jeszcze jakaś godzina, więc miał sporo czasu. Czuł się podenerwowany i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić."Co jest ze mną do cholery nie tak?", pomyślał, kopiąc ze złością najbliższy kamyk. W tym samym momencie poczuł, że oczy zaczynają go piec."Ale ze mnie baba, super, będę płakał." Jeszcze bardziej zdenerwowany na siebie, usiadł na krawężniku i pozwolił łzom się toczyć.
Nie rozumiał, co się z nim ostatnio działo. Drżącymi rękami wyjął paczkę Marlboro z kieszeni i dreszcz przeszedł go po plecach. Wypalił jednego papierosa, potem drugiego. Dym drapał go po gardle, ale to było miłe uczucie. Jakby karał samego siebie za okazywanie słabości.
"To przez Ciebie palę." zacisnął zęby, patrząc w słońce chylące się ku zachodowi." Zostawiłeś mnie tu i utknąłem."
Ostatnio coraz częściej myślał, co robi i gdzie teraz jej jego dawny przyjaciel. Myśl o tym, że Lou mógł ułożyć sobie życie i być szczęśliwy jakoś dziwnie go bolała.

***

"Co robisz, przyjacielu? Czy płaczesz za mną, jak ja płaczę za Tobą? Czy tęsknisz, czy umierasz po stokroć jak ja?"
 Kolejne słowa padły na papier razem ze łzami.
"Czy myślisz o mnie czasami, tuż przed zamknięciem oczu, tuż przed obudzeniem- jak ja?"
Następna fraza zmieszała się z kroplami whisky.
- Cholera!- Lou rzucił szklanką o ścianę.- Jesteś beznadziejnym poetą, Tomlinson!
Siedział sam w swoim mieszkaniu w Liverpoolu i już nawet nie udawał, jak bardzo brakuje mu Harrego.
"Byliśmy przyjaciółmi przez tyle lat, dzięki niemu jestem, kim jestem. Potrzebuję przyjaciela. Chciałbym Cię znowu zobaczyć, Harry. Co słychać?" myśli leciały przez głowę.
"Czemu nic nie potrafi mnie cieszyć, kiedy nie mogę się tym z Tobą podzielić?"
Louis pomyślał, że mógłby zadzwonić do Harrego, ale przecież... nie miał jego numeru. Jak mógłby się z nim skontaktować? Może jego mama miała numer do Anne i wtedy Lou mógłby...
"Nie. To nie ma sensu. To nienormalne, żebym tak przejmował się innym facetem, nie ważne jak istotny kiedyś dla mnie był. Jest. Uh."
Patrząc z żalem na rozbitą szklankę, chwycił butelkę whisky i niewiele myśląc, wychylił ją do dna.

2 komentarze: